Ivy Middleford
„Czasem anioły nie są pokryte światłem.
Czasem anioły nie mają wcale racji.
Czasem anioły nie mają nawet skrzydeł.
Ale nic nie może równać się z miłością, którą przynoszą.”
Czasem anioły nie mają wcale racji.
Czasem anioły nie mają nawet skrzydeł.
Ale nic nie może równać się z miłością, którą przynoszą.”
Ludzie są zabawni. Rodzą się. Gdy są niemowlakami potrzebują nieustannej
opieki rodziców. Płaczą i krzyczą, nie pozwalają spać swoim rodzicielom. Potem
siadają. Zaczynają chodzić i normalnie się odżywiać. Stają się coraz bardziej
samodzielne. Jako berbecie wymyślają niestworzone historie. Są bardzo naiwne.
Łatwo jest złamać im cokolwiek wmówić. Uwierzą Ci zawsze na słowo i nie będą
szukały dowodów na to, że to, co mówisz, może mijać się z prawdą. Potem idą do
szkoły. I tutaj zaczynają się schody. Poznają nowych kolegów, wkraczają w
zupełnie inny świat. To od ich nowego towarzystwa zależy jak potoczy się ich
dalsze życie. Mogą stać się buntownikami. Rzucić szkołę i nie zawracać sobie
głowy bzdurnymi zasadami. Ale mogą też dobrze się uczyć, cierpliwie znosić
kazania rodziców. Te dwie kategorie przeżyją swoje życie inaczej, a przecież
zaczęli wszystko dokładnie tak samo. Dokładnie od tego samego poziomu. Dlaczego
niektórzy potrafią wygrać więc swoje życie, a drudzy są straceńcami?
Wszyscy zawsze gdzieś pędzą. Jedni do szkół, inni do pracy. Jeszcze inni do
szpitala w odwiedziny. Kolejnie na policję. Na zajęcia. Na spotkanie. Tak mija
dzień za dniem. A my nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy, że nasze życie
minęło. Dopiero gdy jesteśmy starzy, niezdolni do samodzielnej ciężkiej pracy,
przystajemy, aby się zastanowić nad tym, co do tej pory zrobiliśmy. I zaczynamy
płakać. Dlaczego? Bo zdajemy sobie sprawę z tego, że zmarnowaliśmy swoje życie
na rzeczy zupełnie niepotrzebne. Nie osiągnęliśmy nic. Przegraliśmy. Już tego
nie naprawimy. Czekamy tylko z rozpaczą, aż ostrze kosy Śmierci przetnie naszą
duszę i zabierze nas do innego świata. A my zostaniemy wtedy wybawieni. Bo
poczucie beznadziejności przestanie gryźć nasze sumienie.
„Och, Gwiazdeczko.
Nie płacz.
Naprawimy to zanim nadejdzie jutro.
Znajdziemy miejsce, do którego należymy.”
Nie płacz.
Naprawimy to zanim nadejdzie jutro.
Znajdziemy miejsce, do którego należymy.”
Chociaż szlachta zeszła już prawie całkiem na dalszy plan, to jednak jej
strzępki pozostają przy życiu – aczkolwiek radzić sobie muszą sami. Do tego
„strzępka” arystokracji zaliczyć można rodzinę Middleford, która powoli zaczyna
żyć tak jak i reszta ludzi, zapominając o tej swojej „wyższości”.
Dnia dwudziestego pierwszego kwietnia roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego trzeciego w Londynie przyszła na świat druga córka Elisabeth III oraz
Sebastiana Middleforde’ów. Wszyscy byli na początku zadowoleni, za wyjątkiem
ojca, który miał nadzieję przecież, że urodzi mu się syn, acz potem przestał
kręcić nosem, jednak kilka lat później wszystko się zmieniło. Elisabeth IV,
starsza o dwa lata siostra Ivy, znienawidziła ją. Dlaczego? Bo to teraz ona
była oczkiem w głowie rodziców, a Lizzie zeszła na dalszy plan. Dlatego dwie dziewczynki nigdy nie żyły ze
sobą w zgodzie, nigdy się nie szanowały i nigdy nie lubiły. To zawsze Ivy była
tą dobrą dziewczynką, która wychodziła z każdej sytuacji obronną ręką, a
Elisabeth była ganiona za dosłownie wszystko. Nic dziwnego, że wyrosła na małą
buntowniczkę. Nienawiść dwóch sióstr się pogłębiła, gdy trafiły do przeciwnych
domów – Lizzie znalazła się w Slytherinie, natomiast Ivy w Gryffindorze.
Młodsza siostra jednak nigdy nie mogła narzekać na nieszczęśliwe dzieciństwo.
„Te lata przed
nami - obce i przeraźliwe.
Nigdy nie myślałam, że będę musiała sama stawić im czoła…”
Nigdy nie myślałam, że będę musiała sama stawić im czoła…”
Każdy, kto spotkał Ivy, powie, że jest miłą dziewczyną, tylko trochę zbyt
nieśmiałą. Woli trochę pomilczeć i posłuchać, niż odzywać się niepotrzebnie i
wyjść na osobę głupszą. Jeśli ją trochę poznasz, przekonasz się, że jest
świetną przyjaciółką, która lubi podobać się chłopcom i próbuje wykreować się
na słodką dziewczynę z uroczym uśmiechem. Ale nieliczni tylko się przekonają,
że tak naprawdę jest często smutna i nie potrafi radzić sobie sama z własnymi
problemami. W większości częściej zobaczysz ją w gronie przyjaciół płci
przeciwnej niż z dziewczętami, ponieważ to do nich ma większe zaufanie.
Ivy od najmłodszych lat uczyła się grać na fortepianie. Bardzo lubi
twórczość Chopina oraz Beethovena. Bardzo lubi Mendelsohna, ujdzie nawet i
Mozart. Jednak skrzywi się, gdy usłyszy coś o Bachu – bardzo nie lubi tego
barokowego kompozytora, chociaż docenia fakt, że był geniuszem. Potem, gdy
miała dziewięć lat, jej nauczyciel zauważył, że Ivy też ma ładny głos i polecił
go kształcić, ale w późniejszym wieku. Dziewczyna jest bardzo dumna ze swoich
umiejętności, szczególnie, że utalentowana muzycznie jest tylko ona.
Jest jeszcze jedna mała rzecz, o której wiedzieć powinieneś, drogi
przechodniu. Nie kieruj się pozorami i nie myśl, że dziewczyna, chociaż
zagubiona, jest głupia. Nie próbuj jej nawet oszukać. Dlaczego? Ivy
zafascynowana jest psychologią i studiuje mowę ciała poprzez obserwacje na
hogwarckich korytarzach. Jest w tym całkiem dobra, ale wciąż się uczy. To tylko
drobne ostrzeżenie.
Personalities | Connections | Trivia
Mamy postać Ivy. Mam nadzieję, że nie wyszła mi jak Mary Sue (zawsze się o to boję :<), ale opierałam ją na swojej osobowości, więc wyjść tak nie powinno. Do wątków zawsze chętna, zwarta i gotowa, mogę nawet zaczynać, tylko błagam, pokażcie chociaż troszkę, że Wam zależy i nie zwalajcie wszystkiego na mnie. Wszystkie rzeczy takie jak różdżka, bogin, patronus i tym podobne pojawią się za chwilę w pierwszej od lewej strony zakładce. Dobra, koniec tej litanii. Zapraszam do wątków!
[1] Cytat z tytułu jest wzięty z piosenki Gram o wszystko Ewy Bem.
[2] Pierwszy cytat to fragment wiersza znalezionego w Internecie.
[3] Drugi tekst to fragment piosenki Starlight Slasha i Mylesa Kennedy'ego.
[4] Trzeci tekst to fragment piosenki Lullaby for princess.
[5] Buźki użyczyła Sara Mills.

[ bardzo chętnie. :) masz może jakiś pomysł? bo ja niestety dzisiaj straszną pustkę mam w głowie :<]
OdpowiedzUsuńSeraphine
[Witam się, wątek proponuję, w końcu od tego tu jesteśmy. :D Propozycje jakieś może?]
OdpowiedzUsuńSerpahine nie była typową przedstawicielką francuskiej szkoły magii. Oczywiście posiadała tę samą, zachwycającą wręcz grację i wrażenie, że jest równie delikatna co lalka z porcelany, jednak jej uosobienie różniło się diametralnie, w porównaniu do reszty delegatek. Nigdy nie była tak pewna jak one, wolała trzymać się na uboczu, a jej ulubionym zajęciem było czytanie książek i puste gapienie się w sufit. Niektórzy zachodzili w głowę,dlaczego to właśnie ona, cicha i nieśmiała dziewczyna, zostala wytypowa jako przedstawicielka szkoły, miała bowiem o wiele bardziej interesującą konkurencję, jednak prawda była taka, że ta spokojna dziewczyna, posiadała niebywały talent do zaklęć i transmutacji, które mogłyby być niezbędne, gdyby jakimś cudem dostała się do Turnieju. To w niej, większość pokładała nadzieje, jako w najzdolniejszej uczennicy, która obecnie uczęszczała do akademii Beauxbatons.
OdpowiedzUsuńHogwart przerażał ją i intrygował jednocześnie. Setki korytarzy, prowadzących do zbyt wielu miejsc, tysiące obrazów, z tórymi mogła zamienić kilka zdań i ta tajemnicza atmosfera, którą dało się odczuć zaraz po przekroczeniu jego progów. Każdego dnia potrafiła zgubić się w drodze do bilbioteki, tak jak teraz, gdy niespodziewanie znalazła się na piątym piętrze, wśród zaciekawionych jej obecnością uczniów. Tym razem wyróżniała się z tłumu. Jej błękitny mundurek, rzucał się w oczy wśród fali ciemnych szat, sprawiał, że dziewczyna, która przez całe życie była niewidzialna, nagle znalazła się na świeczniku. Dość niesfojo czuła się, gdy tylu ludzi mierzyło ją wzrokiem, gdy kilku z nich witało się z nią przelotnie, jednak przez dłuższy czas nie miała śmiałości zapytać nikogo o właściwą drogę. Wreszcie jednak jej wzrok padł na dziewczynę, dość miłą z wyglądu, na której piersi połyskiwała odznaka, którą dyrektor szkoły pokazał im już wcześniej. To właśnie do tych ludzi mogli się zgłaszać gdyby potrzebowali pomocy, a sama Seraphine właśnie teraz takiej potrzebowała. Szybko podeszła do niej, lecz nie dało się nie zauważyć, że każdy jej krok jest wyjątkowo lekki i kobiecy, nie jakby szła, lecz płynęła w powietrzu.
- Ty jesteś prefektem, prawda?- pyta dość dobrym angielskim, lecz z wyraźnym akcentem, który innym się podoba, a niektórzy twierdzą, że kaleczy język.- 'Ogwart jest taki duży, zgubiłam się- przyznaje ze wstydem, rumieniąc się przy tym, niestety.
Seraphine
[Jakie śliczne zdjątko! Cóż, uczepiłabym się upodobań muzycznych, ponieważ wyobrażam sobie moją Australijeczkę jako osobę nieźle osłuchaną, ale wątek trudno będzie z tego wykroić... Gwiazdy nam nie sprzyjają, inny rocznik, inny dom... Chyba że jedna wpadnie do jeziorka a druga zacznie ją ratować?]
OdpowiedzUsuń[O, to faktycznie brzmi obiecująco. I wówczas wyratowanie z topieli wcale nie byłoby dla Riley takie oczywiste. ;) To może zrobimy inaczej: Riley lubi dokuczać ludziom (w jej pojęciu) słabszym, niewykluczone, że specjalnie wrzuci Ivy do jeziora. W ramach jakiegoś idiotycznego zakładu z przyjaciółmi chociażby. Kto zaczyna? Kocham imię Elizabeth!]
OdpowiedzUsuń[Nawet nie wiesz ile się go naszukałam! -.- No jasne, że jest.]
OdpowiedzUsuńGellert Grindelwald
[No jest ^^ ze Sweeney Todda, jeśli się nie mylę. Gellert rozrabia, ale ogólnie rzecz biorąc jest całkiem grzeczny, a przynajmniej takie wrażenie sprawia. Ivy może próbować, jeśli chce, ale skutku raczej nie będzie. Może się Gellert najwyżej obrazić, jeśli będzie zbyt natarczywa :D. A Gel jest całkiem spostrzegawczy, więc może zauważyć że się nim interesuje. czy coś takiego.]
OdpowiedzUsuń[Jeśli tak, to raczej obrazy majestatu nie będzie ^^. No on mógłby się odezwać, czemu nie. Zganić? Biednego Gellerta? Przecież on taki niewinny i grzeczny jest!]
OdpowiedzUsuń[Skoro muszę :P będzie krótko, bo piszę z tableta i mi palce odpadną jeśli miałabym pisać dłużej, wybacz.]
OdpowiedzUsuńHogwart wydał się Gellertowi ciekawym miejscem od kiedy tylko się tu pojawił. Zamek był inny od Durmstrangu, a jak wiadomo, Gellert był człowiekiem, który lubił odkrywać nowe rzeczy, zwiedzać i widzieć coś czego jeszcze nigdy nie widział. Nic więc dziwnego, że od początku swojego pobytu postanowił poznać tajemnice tego zamku. Chciał zbadać każdy jego kąt, wejść do każdego pomieszczenia, a najlepiej, ze wszystkimi w szkole porozmawiać. W końcu, odwiedza inny kraj, czyż nie? Więc chce poznać ludzi, ich zwyczaje, ich opinie na różne tematy.
Gellert wypożyczył sobie kilka ksiąg z biblioteki i usiadł w cieniu drzewa. Ten dzień był wciąż bardziej letni, niż wrześniowy i wiele uczniów poszło w ślady Grindelwalda, przez co na błoniach było w sumie całkiem tłoczno.
W skupieniu studniował książki, dopóki nie poczuł, że ktoś na niego patrzy. Rozejrzał się w około, a kiedy zauważył wzrok dziewczyny, od razu posłał jej przyjazny uśmiech. A kiedy Gellert się uśmiechał, nie dało się po nim poznać, że jest zdolny do strasznych rzeczy.
[Racja, powinni się znać. Może na przykład jest wycieczka do Hogsmeade, a oni muszą jak zwykle uważać na trzecioroczniaków, no i gubią jednego z Domu Ivy w wiosce, trzeba już iść, a on się nadal nie znalazł, idą go szukać razem, bo reszta wraz z opiekunami zostaje, a potrzebna jest pomoc. Tak oryginalnie chciałam.]
OdpowiedzUsuńRichard
Z Gellertem było zupełnie odwrotnie - on nie miał żadnych obowiązków w szkole, do niczego nie chcieli go dopuścić, bo za bardzo sobie już nagrabił. I czasem wariował przez to z nudów, niezdolny do zrobienia czegokolwiek, niezadowolony, że nie może zrobić nic. Nuda w jego życiu była zawsze jego największym wrogiem, największym przeciwnikiem. Nuda potrafiła przyćmić wszystko co dla niego ważne i w takich chwilach popadał w prawdziwą melancholię, kiedy po prostu leżał i nie wiedział co ze sobą zrobić.
OdpowiedzUsuńGellert nie zwracał uwagi na nikogo w okół, kompletnie zatopił się w książce, w informacjach które jego mózg wchłaniał niczym gąbka. Zawsze miał talent do zapamiętywania różnych informacji i potrafił umiejętnie je wykorzystać. Do tego, często zdarzało mu się różne informacje przetwarzać na własne korzyści, ulepszać pomysły jakie usłyszał, jakie gdzieś przeczytał.
Widząc, jak dziewczyna zareagowała na jego uśmiech, parsknął cichym śmiechem. Nieśpiesznie pozbierał wszystkie księgi, włożył je do torby, po czym wstał i ruszył w jej kierunku. Usiadł obok niej na trawie i znowu uśmiechnął się w ten sam sposób co wcześniej.
- Z tego co wiem, to nie gryzę. - powiedział jedynie, a w jego głosie słychać było czyste rozbawienie tą sytuacją. Jego głos był naprawdę miły i przyjemny w odbiorze, a w wypowiadanych słowach ciężko było się doszukać jakiegokolwiek akcentu, chociaż gdyby się przysłuchać, możnaby usłyszeć domieszkę węgierskiego.
Odgarnął niesforne kosmyki włosów za ucho i zachęcająco uniósł brwi, by dziewczyna jakoś mu odpowiedziała.
To był taki wspaniały dzień na wydębienie od znajomych pieniędzy. Oczywiście, fascynacja Riley hazardem nie zależała od dni tygodnia czy koloru nieba, jednak zawsze milej jej było się zakładać, mając słońce za sojusznika. Uwielbiała, wręcz uwielbiała!, lekkim uśmiechem, podpuszczać ludzi, by postawili więcej i więcej, kiedy w rzeczywistości nie było mowy o jej przegranej. Ona sama nigdy nie wymyślała reguł zakładu, zawsze manipulując, naprowadzała rozmówców o grubych portfelach na miły jej trop. Byli przeświadczeni, że samodzielnie tworzą warunki, niemożliwe do pokonania przez Riley. Jakże bardzo się mylili!
OdpowiedzUsuńI tym razem panna Doherty znalazła sobie przyjemnego towarzysza na przechadzkę po błoniach, temat wyzwań szybko zastąpił inne tak, że od uśmiechu do uśmiechu szanowny pan Maxwell z Hufflepuffu dowiedział się o zażyłej przyjaźni panny Doherty i starszej panny Middleford oraz jej młodszej siostrzyczce, wędrującej właśnie brzegiem jeziora. O co mogli się założyć? Najgorszy idiota, dokładnie taki jak pan Maxwell, nie mógł nie wpaść na ten pomysł – niech Riley wywinie numer młodszej Middelefordównie. Niech wrzuci ją do jeziora…
Jakże jej ten pomysł przypadł do gustu – nie do opisania! Była uradowana, myślą o zdewastowaniu stroju Ivy i wręcz paliła się do potargania jej tych ślicznych blond włosów. Tymczasem brzmiała na zrozpaczoną, jakby zrobienie czegoś takiego krewnej jej przyjaciółki miało urągać honorowi obydwu rodzin! Właśnie w ten sposób reputacja panny Doherty z każdym dniem coraz to malała, bledła, gorszyła się…
- Układ to układ – westchnęła cicho Riley, po czym wysupłała z tasiemek sztywną, akacjową różdżkę, by dyskretnie, odwracając się od przyszłej ofiary, wyszeptać odpowiednią formułkę. Jak chlusnęło! Nie tyle panna Middleford była mokra, co całe jej otoczenie. Na żadnej z osób w promieniu co najmniej piętnastu metrów nie ostała się ani jedna sucha nitka. Koszmarne zamieszanie, wrzaski i krzyki zagłuszyły szelest wciskanych do rąk Riley pieniędzy, a sprawczyni zamieszania, wymachując różdżką, zaraz zaczęła biec w stronę Ivy.
- Mój Boże, nic ci nie jest? Cóż to było za diabelstwo! – krzyczała z przejęciem, magicznym sposobem wyciągając dziewczynę na brzeg. – Odezwij się, skarbie, wszystko w porządku?
[Wydaje mi się, że te wycieczki idą grupą składającą się ze wszystkich uczniów, którzy mają na to pozwolenie, aczkolwiek Ivy poprosiłaby o pomoc opiekuna swojego domu, a on by wyznaczył kogoś, kto stałby najbliżej niej, aby poszedł i pomógł szukać zguby. W porządku?]
OdpowiedzUsuńRichard
Ze zdziwieniem spojrzał na pergamin i posłał jej pogodny uśmiech, jakby znali się dobre kilka lat i byli całkiem dobrymi znajomymi.
OdpowiedzUsuń- Wybaczy mi pani, mam nadzieję, mogą zuchwałość, ale kiedy spojrzała pani na mnie, odniosłem nieco inne wrażenie. Jakby się pani mnie obawiała. I co tu dużo mówić, postanowiłem udowodnić, że nie ma się czego bać. Przynajmniej z mojej strony. - wyjaśnił jej od razu, nie bawiąc się w owijanie w bawełnę, mimo, że akurat jemu zdarzało się to całkiem często. Uwielbiał zwodzić ludzi, wodzić ich za nos i bawić się w gierki słowne, sprawdzać ich zdolności do rozwiązywania zagadek.
zCzy Gellert był wariatem? Zależy jak na to spojrzeć. Z jednej strony, był najmądrzejszym i najbardziej utalentowanym czarodziejem jakiego znano, no, może z jednym wyjątkiem. Nie raz wykazał się zdolnością do logicznego myślenia. Z drugiej strony, jaki jest czynnik wariactwa? Czyż ludzie, którzy obsesyjnie w coś wierzą i którzy obsesyjnie czegoś szukają nie są w istocie wariatami?
- Gellert. Gellert Grindelwald, do usług. - przedstawił się, skinając jej głową na znak szacunku. - A jak zwie się moja teraźniejsza towarzyszka? Czy może jest to jakaś tajemnica?
Spostrzegawczy, oj tak. Zauważał wszystko, najmniejszy grymas twarzy, najmniejszą zmianę w czyimś zachowaniu. Nie dało się go przez to oszukać czy też okłamać - od razu wszystko widział i wiedział.
OdpowiedzUsuń- Miło mi w takim razie poznać tak uroczą damę, panno Middleford. - powiedział z uśmiechem, tak przyjaznym, że naprawdę trudno było się nie uśmiechać. - Tak, różni się pod wieloma względami. O wiele łatwiej się tu zgubić. - stwierdził po chwili zastanowienia. - Moje wrażenia są raczej miłe, dziękuję, że pytasz. Zamek robi wrażenie, a ludzie są bardzo mili i uprzejmi.
Jego akcent zdecydowanie różnił się od akcentu francuzów. Z drugiej strony, nie był on zbyt mocno słyszalny, po angielsku mówił już od wielu lat. Nauka języka była prosta, przynajmniej dla niego. Od razu wszystko łapał i zapamiętywał.