8 cze 2013

Pieniądze - to nie wszystko, to tylko prawie wszystko.

Władysław Grzeszczyk



I L E Y   O H E R T Y
0 6. 0 6. 1 8 8 1,   Y D N E Y,   U S T R A L I A
L Y T H E R I N

Ród Doherty mianował się złotym, gdyż jego gorączka nigdy się nie wypaliła. Pojawił się w kraju Aborygenów stosunkowo wcześnie, jeszcze w pięćdziesiątym pierwszym. Właściwie, tuż po odkryciu pierwszych rud złota jego żądni przygód członkowie bez zastanowienia porzucili angielskie dworki, chcąc uniknąć trudności w zajęciu najkorzystniejszych wykopalisk. Mawiano, że zamiast hemoglobiny mieli metal w żyłach, zamiast mózgu kalkulator, zamiast rąk zaś potężne łopaty. Żaden szanujący się Doherty nie starał się nawet uchodzić za człowieka, świadom, że został przeznaczony do losu maszyny. 

Ród Doherty szanował swoje nazwisko, jako jedyną rzecz prócz zysku. Nie tyle tolerował mugolaków, co po prostu nie interesował się nimi (no, ewentualnie w ramach zależności pan-niewolnik, ale i te czasy już minęły). Czarodzieje mieszali więc krew nieograniczenie z ludźmi, brudząc potomkom rodowód. Póki owi uczęszczali do domowych szkółek, nikt nie widział problemu. Na dobrą sprawę, dopiero gdy list z Hogwartu przywrócił oderwaną od Europy rodzinę Doherty do rzeczywistości, zaczęto uzmysławiać sobie wśród australijskiego towarzystwa wagę nieskazitelnej krwi. Dobra reputacja równa się dobry zysk, czyż nie?

Ród Doherty dbał o swoich. Nikt niepowołany nie zdołał dotychczas dotrzeć do historii splamionych erytrocytów najmłodszej panny Doherty, dziwnie walecznych leukocytów ani zupełnie niegustownych trombocytów. Jej najważniejszym zadaniem stało się chronienie rodzinnych brudów, nietrwonienie pieniędzy z rozległych skarbców i nauczenie się wszystkich możliwych zaklęć ułatwiających pracę w kopalniach. Panna Doherty zresztą nie miała nic przeciwko, ją również australijska gorączka złota od małego trawiła nienasyconą żądzą posiadania, sycząc i pochłaniając pokorne usposobienie. Prócz oczywistych buntów typowo rozwijającej się nastolatki, z panną Doherty nie powinno być żadnych problemów. Ponadto, wygląda, zachowuje oraz uczy się całkiem przyzwoicie, a jedynymi wybijającymi ją ponad przeciętność cechami są nieokiełznana zazdrość, dziwaczny akcent oraz niezły prawy prosty.




D   T E G O   R O K U   Ś C I G A J Ą C A
A T R O N U S E M   P I E S   D I N G O
O G I N E M   Ł A C H Y   Ż E B R A K A
R E W   L E K K O   N I E Ś W I E Ż A
W   Z E S T A W I E   Z   1 1 - C A L O W Ą   A K A C J O W Ą 
R Ó Ż D Ż K Ą   Z   P A Z U R E M   D I R I K R A K A




___________
Dzień dobry!

20 komentarzy:

  1. [ ciekawa karta, taka inna. nie mówi zbyt wiele, a takie są najlepsze. No i witam ładnie :)]
    Seraphine

    OdpowiedzUsuń
  2. [ jak jej wmówi, że taki jest zwyczaj to się i o pieniądze założy :D
    Zaczniesz? Wydaje mi się, że z perspektywy Riley będzie to lepiej wyglądało]
    Seraphine

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Hoho, koleżanka ze Slytherinu.
    I popieram komentarz u góry, karta dobra, bo nie mówi zbyt wiele, ale z taką też ciężko wymodzić pomysł na wątek. Jakiś masz może? ]
    A. Spencer

    OdpowiedzUsuń
  4. [Albo Riley będzie świetną przyjaciółką starszej siostry Ivy - Elisabeth, i też będzie nie lubiła mojej dziewczynki. :> Lizzie i Twoja postać są w tym samym domu i to jest dokładnie ten sam rocznik.]

    Ivy Middleford

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Czy się polubią, czy nie, to wyjdzie w praniu, jak się to mówi.
    Ależ nie mam nic przeciwko, wszystko w porządku. Jako blogowy sadysta lubię się znęcać nad moimi postaciami >D Tylko chyba nie do końcu rozumiem - ona ma na niego wpaść, tak? On mioteł nie tyka. ]
    Spencer

    OdpowiedzUsuń
  6. [Przestańcie, bo zaraz wpadnę w samozachwyt i tyle z tego będzie, zamienię się w narcyza. To by mogło być całkiem ciekawe, podoba mi się! :3]

    Gellert Grindelwald

    OdpowiedzUsuń
  7. [Żeby tak mi coś nakazywać?! Wstydź się, tak nie wolno! Ale zacznę, tylko może wyjść krótko, bo pisze z tableta.]


    Hogwart wydał się Gellertowi ciekawym miejscem od kiedy tylko się tu pojawił. Zamek był inny od Durmstrangu, a jak wiadomo, Gellert był człowiekiem, który lubił odkrywać nowe rzeczy, zwiedzać i widzieć coś czego jeszcze nigdy nie widział. Nic więc dziwnego, że od początku swojego pobytu postanowił poznać tajemnice tego zamku. Chciał zbadać każdy jego kąt, wejść do każdego pomieszczenia, a najlepiej, ze wszystkimi w szkole porozmawiać. W końcu, odwiedza inny kraj, czyż nie? Więc chce poznać ludzi, ich zwyczaje, ich opinie na różne tematy. Tym razem jego zainteresowanie skierowało się w stronę biblioteki, a raczej, w kierunku Działu Ksiąg Zakazanych. Dobrze wiedział, że nie miał szans na dostanie pozwolenia od jakiegokolwiek nauczyciela po swoich wybrykach... cud, że w ogóle pozwolili mu tu przyjechać. Potrzebował innego, starego i bardzo dobrze sprawdzonego sposobu. Wystarczy tylko jedna, naiwna duszyczka!
    Grindelwald siedział więc w bibliotece, szukając sobie pomocnika. Kiedy w końcu jakaś dziewczyna usiadła nieopodal, uśmiechnął się ładnie i rzucił od niechcenia:
    - Piękną macie tą szkołę, nie to co w Durmstrang. - westchnął teatralnie. - I bibliotekę o wiele lepiej zaopatrzoną.
    Kiedy mówił, jego głos brzmiał niezwykle zachęcająco, jakby prowokował do rozmowy.

    OdpowiedzUsuń
  8. [Może spróbowałabyś Ty jakoś zacząć? ;3 Nie musi być nic długiego, od razu mówię.]

    Ivy Middleford

    OdpowiedzUsuń
  9. Owutemy? Ah, te wszystkie przyziemne rzeczy! Gellert nie musiał się przejmować jakimiś idiotycznymi egzaminami, bo po pierwsze - był rok młodszy i owutemy zdaje dopiero w przyszłym roku, a po drugie - bo nie miał zamiaru ich zdawać. Nie są mu potrzebne, więc nie będzie sobie zaprzątać tym głowy. Nie ma sensu.Umiejętności są ważniejsze od jakiś tam bezużytecznych papierów. On jest przecież stworzony do wyższych celów, o wiele wyższych. I o wiele ważniejszych.
    Zawsze cenił sobie spokój i chyba właśnie dlatego tak bardzo lubił spędzać czas w pomiędzy książkami. W domu miał całe mnóstwo ksiąg, tych legalnych i tych nie, dotyczących wszystkiego co tylko możliwe - od alchemii, po transmutację i historię magii. Grindelwald był po prostu zainteresowany wszystkim w okół siebie - naturą, magią, fizyką, ludźmi, psychologią - i co tam jeszcze można sobie wymyśleć. Potrafił mówić o wszystkim, w każdym temacie może się odnaleźć. I to wielka zaleta u kogoś, kto planuje przedsięwzięcie dotyczące przekonania ludzi do swoich racji.
    - Nigdy dość. - odpowiedział jedynie, mierząc ją uważnym wzrokiem. No, taka odpowiedź nie zabrzmiała zbyt entuzjastycznie. Ale Gellert nie poddaje się tak łatwo, oj nie. Wciąż uśmiechnął się tak ładnie jak tylko potrafił. Ten uśmiech podobno działał na ludzi. Podobno ukazywał wszystko co w nim dobre. Czyli niezbyt wiele.
    - Durmstrang jest inny. Bardziej surowy. - stwierdził spokojnie, po czym zaraz usiadł obok dziewczyny. - Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko mojemu towarzystwu. Chętnie pomogę, jeśli chodzi o naukę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Uprzejmy uczeń wybrał się akurat na zajęcia zielarstwa do szklarni. Niestety, pogoda piękna czy też nie, należało przemaszerować kawałek poza grubymi, chroniącymi przed deszczem murami zamku. Nieraz udało mu się zabrać ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy, ewentualnie przypomnieć sobie zaklęcie na swoistego rodzaju parasol, jednakże dziś nie zaopatrzył się ani w wiedzę, ani w mugolskie akcesoria, dlatego też przemakał w tej właśnie chwili do suchej nitki. Jak w drodze na lekcje tylko delikatnie moczyła jego twarz mżawka, tak teraz ulewa wdzierała się w każdy zakamarek ubrania, a później oczywiście ciała. Po kilku sekundach walki z uporczywymi kroplami Anthony przestał się bronić, pozwolił wodzie wtargnąć pod szaty, a i nawet się niespecjalnie spieszył, bo po co? Zimno jakoś specjalnie nie było jeszcze, na szczęście, więc zachorować - nie zachoruje, a resztę też jakoś przeżyje. To nie kwas, nie wypali mu nigdzie dziury. Dobrze, że teczkę z notatkami oddał komuś, kto został w szklarni, by przeczekać ulewę. Jemu się bardzo spieszyło na dodatkowy przedmiot.
    Najwyraźniej nie tylko on postanowił zmierzyć się z niezbyt przychylną pogodą. Niektórzy zapaleńcy nie zwracali większej uwagi na to, jaka wichura szalała na zewnątrz, tylko chwytali miotły, pałki, tłuczki i inne dziwne rzeczy, od których Spencer trzymał się z daleka, i wybiegali w oko cyklonu, a co gorsza: unosili w powietrze. Tego już uczeń Slytherinu nie był w stanie pojąć, jednak na wszystkie mecze Quidditcha chodził, kibicował, zdzierał sobie gardło, jak tylko miał okazję. Sam jednak grać nie miał najmniejszego zamiaru, a przy tym także ochoty.
    Gdyby jeszcze ci pasjonaci zawierali się w obrębie stadionu, wszystko byłoby w porządku. Co jednak robić, kiedy ktoś na swojej ukochanej szczocie z niebywałą prędkością zbliża się do niewinnego czarodzieja zmierzającego na kolejne zajęcia? Uciekać? Stać? Otworzyć usta? Zamknąć, bo brudna woda się tam wlewa? Krzyczeć? To ostatnie na pewno realizowała owa jednostka, która to zaraz miała zmaltretować Ślizgona.
    Przed upadkiem pomyślał, że może złamie nogę, a to upoważni go do pobytu w skrzydle szpitalnym na czas najintensywniejszej nauki. Być może ktoś napisze za niego esej, a ktoś przyjdzie z Musami-Świstusami na pocieszenie. Oczywiście, zorientował się, iż coś zmierza w jego stronę (chciałoby się powiedzieć: niezidentyfikowany obiekt pędzący) po hałasie, jaki robiło, ale nie zdążył już zareagować, zanim nie wparowało w niego z całym impetem.
    Błoto trawnika wdarło się w usta, uszy zaczęły napełniać się wodą, za to ból w okolicy żebra nie dawał zebrać się w godnością, otrzeć twarz i ruszyć dalej, rzucając tylko pogardliwe spojrzenie na sprawcę (sprawczynię?) zamieszania. Ciało zwinęło się instynktownie, jednak struny głosowe nie dały o sobie znać; ręce tylko zaplotły się wokół brzucha. Zaraz okazało się też, że głowa też nie miała się najlepiej. Ani nos, najwidoczniej, gdyż rozkwaszony o ziemię, zaraz zaczął krwawić. Jakby nie patrzeć - za kolorowo nie było, ale dawał radę. Zaraz się pewnie zbierze, skoro jednak nogi nie złamał.
    A. Spencer

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Tak ogólnie widzę świetną muzykę w karcie. Skoro już Czardasz, to polecam wykonanie na saksofonie, chociaż nie wiem, czy lubisz -> https://www.youtube.com/watch?v=RVOBQBamjDA ]

      Usuń
  11. [Ona mi w jakiś dziki sposób przypomina kangura. Pewnie wszystko przez tą Australię, ale jednak. A pomysł na wątek mi się podoba, toteż zaczynam]

    Nocne warty warte nie były niczego. Prefekt chodził tylko i doglądał, czy aby na pewno każda zbroja stoi nieruchomo, a jak się coś rusza za rogiem, to czy na sto procent jest to duch Prawie Bezgłowego Nicka, który od samego początku bycia duchem stara się o przyjęcie do jakiegoś klubu i który przez to duchowe stowarzyszenie nie może ukoić nerwów, dlatego się szwęda. Człowiekowi, który musi takie głupoty sprawdzać i który raz na pół roku może znajduje to, za czym błądzi zaspanym wzrokiem po pogrążonych w półmroku korytarzach Hogwartu, oczy zamykają się same im dłużej wsłuchuje się w ciszę, a to, że znajduje się w pozycji stojącej wcale nie przeszkadza w zapadnięciu w przynajmniej płytki sen. Richard Sharp jednak bardzo poważnie się prowadził, każdy obowiązek musiał być wykonany pierwszorzędnie, nawet jeśli jedyną rzeczą jaką miałby spotkać na tego typu spacerze miałby być Irytek smarujący ściany wodorostami z jeziora znajdującego się na szkolnych błoniach. Czasem trochę Krukon był tylko nieco rozczarowany, że żaden rówieśnik, czy inny uczeń mu się nie trafił do skarcenia, tylko duchy.
    I właściwie już, już miał wracać po patrolu do swojego dormitorium, gdzie czekało na niego łoże z baldachimem posłane idealnie przez skrzaty domowe, już miał nawet rozmarzyć się o tym ciepłym miejscu, gdzie co noc daje się porwać wielkim i wspaniałym marzeniom, kiedy usłyszał jakiś hałas. Oczywiście serce na moment podskoczyło chłopakowi do gardła, ale przed wyskoczeniem na wierzch gardłem wróciło na swoje miejsce tak jak Richardowi wrócił zdrowy rozsądek. Poltergeist dlatego jest tym czym jest, bo nie jest duchem, dlatego nie ma się czego bać, tylko stanąć z nim oko w oko i nie martwić niczym. Nawet już miał przygotowany tekst na odgonienie go od ścian, kiedy dotarł w miejsce tajemniczych odgłosów i zobaczył zbroję jakiegoś bezimiennego rycerza leżącą w częściach na ziemi, jakby ktoś włamał się i zdewastował muzeum. Sprawcy całego ambarasu daleko nie musiał szukać, a Ślizgonka też nie uciekała przed sprawiedliwością, przynajmniej nie zdążyła się zorientować, że została nakryta na gorącym uczynku niszcząc mienie szkoły.
    Wyprostował się, a nisko związane z tyłu włosy nadały jego twarzy okrutnej ostrości w tym całym złowieszczym półmroku. Riley mogła czuć się jak w tarapatach, bo w istocie w takież wpadła.
    - A pani to dlaczego nie w dormitorium?- spytał, niby to zaciekawiony, a tak serio to zadał czysto retoryczne pytanie i w tym miejscu spodziewał się wysypu nieprawdopodobnych wyjaśnień, z których wyłapie tyle prawdy ile się da, a resztę ukróci szlabanem.

    Richard

    OdpowiedzUsuń
  12. Cała ta sytuacja wydawała się dziwnie słodka, jakby oderwana od rzeczywistości. Gellert zdecydowanie był inny od całej tej szarej masy, która przewijała się korytarzami. Rzucał się w oczy z tym swoim niby bardzo niewinnym, ale zarazem zadziornym uśmiechem. Ten błysk w jego oczach kiedy mówił o swoich celach, o swoich marzeniach... To potrafiło wciągnąć. Samo patrzenie na jego, bycie u jego boku potrafiło mocno zainspirować człowieka, a to co mówił wkrótce zostawało w umysłach jego odbiorcy. Miał niezwykły dar przekonywania i potrafił go wykorzystać. Był taki młody, a już zdawał sobie sprawę z wartości swojej charyzmy i jaki wpływ ma na innych. Niewielu było na świecie takich jak on, a równy był mu jedynie jeden człowiek, którego chętnie by poznał.
    Gellert chłonął wszystko, bo wszystkim był zainteresowany - to bardzo prosta zależność. Najbardziej jednak interesuje go Czarna Magia, a to jest podobno bardzo niebezpieczne zainteresowanie. Zwłaszcza dla osoby z takimi ambicjami jak on, dla osoby z takimi umiejętnościami magicznymi. To się dobrze nie skończy, zobaczymy jednak dla kogo.
    Ten brak konkretnych emocji nieco zbił go z tropu, jednak nie dał tego po sobie poznać. Jeśli ktoś nie pokazywał swoich emocji, Grindelwald nie miał szans odczytania ich, a co za tym idzie - nie miał sposobności na domysły co też druga osoba myśli. I to go w sumie w pewnym stopniu zaciekawiło, zainteresowało. A jego trudno zainteresować swoją osobą.
    - Niestety, nie jestem chyba odpowiednią osobą, by opisywać nasz zamek. Nie jestem bowiem artystą... - westchnął, bezradnie wzruszając ramionami. - Nazywam się Gellert. Gellert Grindelwald. - przedstawił się, po czym ukłonił się przed nią. - Miło mi cię poznać, pani...?

    OdpowiedzUsuń
  13. W całym zamieszaniu, w deszczu, w błocie, w wietrze przedostał się jeszcze do niego przeraźliwy krzyk drugiej poszkodowanej. On sam nie wydał z siebie nawet najcichszego dźwięku prócz krótkiego "o" tuż przed zderzeniem z pędzącą dziewczyną, a jej rozpacz tylko dodatkowo go rozdrażniła. W zasadzie nie miał w zwyczaju porównywać swoich i czyichś problemów; widocznie dla panienki ważniejsze były przedmioty martwe, dla niego... cóż, oby nie złamany nos.
    Pewnie współczułby jej nawet straty różdżki (miotły niekoniecznie, gdyż sam nie widział nic zbędnie ekscytującego w siedzeniu na wbijającym się pomiędzy nogi kołku), jednak teraz miał o wiele ważniejsze sprawy na głowie. Jako, że nie oczekiwał zazwyczaj od nikogo przeprosin ani tym bardziej pomocy, stosunkowo szybko zebrał się, otarł mokrym, ale przynajmniej w miarę czystym rękawem twarz. Dopiero wtedy zauważył, że z nosa puściła się krew, jednak nie przejął się tym za bardzo. Zaraz jednak wyciągnął z kieszeni na szczęście cały kawałek hebanu, po czym krzyknął w całym harmidrze zaklęcie przywołujące. Zgubił gdzieś zegarek, tak ważny dla niego w każdym momencie życia. Ten przyleciał nieco pokiereszowany, ale to nic wielkiego; przecież łatwo można było go naprawić.
    Otarł po raz drugi krew znad ust, po czym stwierdził, że faktycznie - ulewa przestawała być taka natrętna, jak na początku. Zarejestrował także, iż zapalona grająca w Quidditcha nie posiadała już sprawnej różdżki; nie przejął się tym zbytnio, stwierdziwszy, że pewnie sobie jakoś da radę. W końcu - on, jako kuśtykający panicz Uprzejmy stanowił w hierarchii ważności obiekt na miejscu odległym, pewnie nawet nie tuż za szczotą i drugim kawałkiem drewna, nieco cenniejszym. Przyłożył jeszcze do żebra dłoń, żeby pomasować delikatnie obolałe miejsce dźgnięte prawdopodobnie przez łokieć panienki. Po chwili, ustaliwszy, iż normalnie da radę się poruszać i dotrzeć do zamku, wyrównał przylepiającą się do ciała szatę, po czym skierował właśnie w stronę bezpiecznych murów.
    Obejrzał się jeszcze przez ramię, upewniwszy się, że jego chwilowej towarzyszce nic nie jest, że żyje, że rusza się jakoś. Nie chciał mieć nikogo, jak to się mówi: na sumieniu, skoro mógł zapobiec ewentualnemu trwałemu uszkodzeniu ciała Riley, dopóki nie odszedł. Wydawała się zrozpaczona, ale skoro dawała radę się ruszać - dawała tym samym pozwolenie Spencerowi na pójście w swoją stronę.

    [ Nie wiem, czy trąbka to dla mnie najlepszy wybór. Wolę jednak drewno od blachy ; > ]

    OdpowiedzUsuń
  14. [Niestety takiego filmu/serialu nie kojarzę. Jest czego żałować?]

    Jak on nie lubił tych głupich Ślizgonów. Głupich, a przy tym nie tak nieporadnych jak Puchoni, tylko właśnie zadufanych, takich co myślą, że jak pokombinują i właśnie ładnie się uśmiechną to im się upiecze, a prefekt też nie podniesie alarmu, bo po co, skoro może dać się nabrać na jakąś piękną wymówkę. a, którą zaserwowała Richardowi dziewczyna przewracająca po nocach zbroje i kradnąca obrazy byłych dyrektorów była zupełnie bezczelna, bo widocznie nawet nie próbowała się bronić. Może myślała, że Richard jest zmęczony całonocną wartą i nie będzie mu się chciało jej karać, więc tylko pomacha palcem jak do dziecka i odejdzie swoją drogą. A tu taki psikus się trafił.
    Zmarszczył brwi w pobłażaniu. Miał ją w garści, czuł to, aż mu odznaka prefekta wszyta na piersi błysnęła.
    - Ach tak? I dlatego włóczysz się po zamku?- żachnął się.- Jak się nazywasz?
    Nie znał jej, a potrzebował jej nazwiska, aby nawet jeśli teraz nie pójdzie z nią do opiekuna Ślizgonów, to żeby rano móc pięknie i dokładnie złożyć zawiadomienie o uczennicy cierpiącej na bezsenność. Zachowanie dziewczyny było w mniemaniu Richarda co najmniej karygodne, bo przecież każde łamanie reguł w ogóle było dla niego nie do pomyślenia, a brak pokory wobec ustalonych przez dyrektora zasad już w ogóle. Był sprawiedliwy, czasami aż za bardzo, a w nocy podczas patroli nie bywał zmęczony czy chociażby śpiący, a rozdrażniony, co stawiało w złej sytuacji Nocnych Marków.

    Richard

    OdpowiedzUsuń
  15. Cóż za nagła odmiana. Akurat wtedy, kiedy już go praktycznie nic nie bolało, krew z nosa ciekła coraz wolniej i słabszym strumieniem, za to deszcz zaczynał dawać za wygraną i padać mniej obficie, ona zorientowała się, że kraksa objęła coś więcej niż ją samą, miotłę oraz różdżkę. Rozumiał oczywiście jej szok, rozpacz, wszystko, ale jak już kuśtykał w stronę Skrzydła Szpitalnego, to chciał to zrobić całkowicie samotnie, pod drodze jeszcze oczywiście mając zamiar wyczyścić sobie dokładnie szatę oraz ją osuszyć.
    Nie zatrzymywał się do momentu, gdy nie złapała go za ramię, co wiązało się z automatycznym zmniejszeniem odległości między nimi. Niby częstotliwość jego kroków była minimalna, wlókł się aż niepodobnie do siebie, jednakże teraz już kompletnie się zatrzymał. Co to za zwyczaje, dotykać obcych mężczyzn, nawet, jeśli się ich poturbowało? Jakąś dumę miał, mógł się sam wykaraskać z opałów. Tak jak błyskotliwie zauważyła - nie jęczał, nie krzywił się za bardzo, więc albo znosił w milczeniu swe cierpienie, albo nic mu się nie stało. W jego przypadku chyba sytuacja zawierała się pomiędzy tymi dwoma stwierdzeniami.
    - Wszystko w porządku - uspokoił panienkę, skoro tak bardzo chciała właśnie to usłyszeć. W końcu nie czuł się zobowiązany zatrzymywać jej przy sobie podczas drogi do pielęgniarki. Zauważył zaraz barwy Slytherinu na jej szacie, co automatycznie też przypomniało mu wspólne zajęcia, mijanie się w pokoju wspólnym czy gdzieś w lochach. No tak, z widzenia znał większość Ślizgonów. - Nie mam zamiaru jeszcze mdleć.
    Chyba ostatni raz dołożył do zakrwawionej górnej wargi mokry rękaw. Słabe krople przed chwilą obfitej ulewy wsiąkały w przemoczone ubranie, dlatego też można już było przegarnąć włosy do tyłu ze świadomością, że pod wpływem ciężaru dużej ilości wody nie opadną. Tak też egzystowanie wciąż na trawniku stało się wygodniejsze, swobodniejsze aż do tego stopnia, iż po pozbyciu się spod nosa ostatnich zabrudzeń dało się wymusić słaby uśmiech. Jakby całe wydarzenie utonęło już w odmętach zapomnienia lub stało się jedynie mglistą przesłanką.

    [ Fakt, warto posłuchać. ]

    OdpowiedzUsuń
  16. Starał się nie kuśtykać już tak, jak przed chwilą, a także przyspieszyć kroku. Sam na zaklęciach uleczających się nie znał, był w stanie tylko zasklepić ewentualnie naprawdę drobną rankę, przykładowo przecięcie palca pergaminem. Jakoś specjalnie nie garnął się do medycyny magicznej, zdecydowanie wolałby zajmować się jakimiś niezwykłymi zwierzętami. W zasadzie czymkolwiek, byle z dala od szpitali. W każdym razie - było mu już obojętne, czy sprawczyni zamieszania powlecze się za nim, czy raczej zostanie wraz ze szczątkami miotły oraz różdżki. Co do jej naprawienia, nie był tego wcale taki pewien; prawdopodobnie dziewczyna będzie musiała wybrać się na Pokątną po nowe przedmioty. Czarodziej długo bez swojej drewnianej podopiecznej nie pożyje, to Anthony wiedział na pewno, jednak chyba nie chciał ingerować aż tak w decyzję podejmowaną przez nową towarzyszkę niedoli.
    - Nic mi nie jest - burknął w końcu nieco odpychająco, jakby zaczęło mu po chwili jednak przeszkadzać świadomość, iż ktoś ma czelność obdarzać go czymś w rodzaju współczucia. Poza tym, sama krwawiła, a zajmowała się nim, czyli człowiekiem, który nijak nie potrzebuje od nikogo żadnego wsparcia. Nie chciał jej tego wypominać, bo może nie czuła w ogóle, że coś nie tak z jej czołem, że było obdarte i zapewne piekło. Nieraz nie dochodziło to do człowieczej świadomości i dopiero ktoś inny powinien doprowadzić panienkę do stanu, gdy to czuje, w jakim stanie znajduje się jej ciało, ale na pewno nie on.
    Ugryzł się prędko w język, mając nadzieję, że wcale nie dosłyszała przejawu jego opryskliwości. Cóż poradzić na przenikliwe promieniowanie bólu od żebra aż do kręgosłupa? Miał prawo być przez chwilę niemiły albo chociaż nieuprzejmy, bo i tak miły bywał rzadko. Raczej kierował się kulturą, aniżeli sympatią, chociaż i to się czasem przecież zdarzało. Nie ma sensu robić z niego pozbawioną uczuć amebę, gdyż chował ich w sobie cały stos, a nawet i więcej.
    Otworzył z impetem jedne z drzwi; zaczynał być rozdrażniony, o ile nie zły. Oczywiście znalazł na tyle siły, by wyżyć się jeszcze na wejściu do szkoły, gdzie na szczęście w tej chwili panowała bezwzględna cisza, gdyż odbywały się zajęcia. On oczywiście na swoje już się nie uda, za to spędzi pewnie jeden dzień w skrzydle szpitalnym, pijąc jakieś okropieństwa, które niby miały go uzdrowić natychmiastowo.

    OdpowiedzUsuń
  17. [Jasne, w sumie może być i tak :)]

    Nelly

    OdpowiedzUsuń
  18. Ależ on był czarującym młodzieńcem, temu zaprzeczyć nie można. Był czarujący, był naprawdę miły i niebrzydki. Do tego, miał w sobie coś frywolnego, niczym nicpoń, który zaraz coś zbroi, ale tylko czeka na okazję. A że fascynowało go to co nie trzeba, że miał ambicje do rzeczy równocześnie strasznych i zdecydowanie wielkich to juz była inna sprawa.
    - Dziękuję za tak przychylną opinię, ale prawda jest taka, że uwielbiam książki. Nigdy nie mam dość. Czytam książki o wszystkim, tak naprawdę. Szkoda, że takie skarby jakie tutaj macie trzymane są pod kluczem. Marnotrawstwo. - stwierdził, wzdychając przeciągle. W końcu chciał od samego początku do czegoś ją przekonać, prawda? A więc próbował, małymi kroczkami, prostymi sposobami. Najpierw go polubi, dopiero później zechce mu pomóc i na pewno zrobi to z przyjemnością!
    - Jestem... idealistą. Lubię dużo wiedzieć, lubię się uczyć nowych rzeczy. Interesuję się otaczającym nas światem. - powiedział po prostu i były to słowa, o dziwo, bardzo prawdziwe. Pokazał jej kawałek samego siebie, a to było już coś dużego z jego strony. Był szczery, to też było całkiem dziwne jak na niego. No ale, dziewczyna musiała wyczuć szczerość w jego słowach. A to może działać na człowieka o wiele bardziej niż czułe słówka czy też puste zapewnienia.
    Spojrzał na tył jej głowy z dziwnym zainteresowaniem, przekrzywiając głowę nieco na bok, niczym zafascynowane czymś zwierzę.
    - A pani... kim pani jest? - zapytał, ciekawy jej odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń